Jak zrobić domowy olej CBD (i czy warto)? – część 2

Spis treści:

Uwaga, fraje.. majsterzy mam ważny komunikat! Olej CBD własnej produkcji żyje, ma się dobrze (a raczej miał, bo została mi marna końcówka) i ma nie najgorsze parametry. Jak doprowadziłem do finalnego etapu?

Poprzedni artykuł zakończyłem na omówieniu łączenia zdekarboksylowanego suszu konopnego z solidną porcją oleju rzepakowego. Jak już wcześniej pisałem, nieco zdziwiła mnie konsystencja uzyskanej masy (bo olejem tego zdecydowanie nie można było nazwać).

Była to „mokra ziemia”, która następnie miała sobie odstać z zamkniętym wiadrze co najmniej 2 tygodnie. Przez moje lenistwo przeleżała tam około 21 dni, co jednak upewniło mnie w tym, że to, co miało przejść z konopi do oleju, na pewno już się tam znalazło. Można więc było przystąpić do procesu, który jak się później okazało, rozłożył mnie na łopatki.

Odciskanie suszu konopnego w wersji homemade, czyli moja wielka porażka

“Mokry” susz konopny.

Nadszedł dzień zero, w końcu światło dzienne ujrzy mój domowy, długo wyczekiwany olej CBD. Przygotowuję sobie duży frenchpress (takie ustrojstwo do zaparzania kawy i herbaty), sypię do połowy susz, naciskam na popychacz z sitkiem mający oddzielić płyn od suszu i… gówno. Po dociśnięciu zaparzacza z mocą tysiąca słońc nie zdołałem odsączyć nawet małej kropelki. Myślę sobie “no pięknie, toś chłopie pokazał jak się robi oleum”.

To był czas na odpalenie planu B w postaci wyciskarki do cytrusów (ale takiej ręcznej). Pomyślałem sobie, że jak umieszczę w niej bardzo dużo materiału, to tarcie coś da i najpopularniejszy aktualnie suplement o zielonym zabarwieniu popłynie pięknym strumieniem do zbiorniczka przeznaczonego na sok. Chwila na zebranie się w sobie, załadowanie komory na cytrusy suszem, przekręcenie i… podwójne rozczarowanie. Nic z tego, znów ani kropelki.

Podejrzewałem, że z odsączeniem oleju mogą być problemy, ale nie sądziłem, że będą aż takie. Widocznie na potrzeby domowej produkcji najprościej byłoby zalać materiał olejem w takich ilościach, aby całość faktycznie stała się zawiesiną, którą następnie odfiltrujemy. Problem w tym, że po zastosowaniu takiej taktyki nasz olej mógłby mieć skandalicznie niskie parametry kannabinoidów, grubo poniżej jednego procenta, a też nie do końca w tym rzecz, żeby pić pół szklanki oleju dla efektu terapeutycznego (chociaż, jak ktoś nie ma nic przeciwko, to czemu nie).

Alternatywą jest wymyślenie ustrojstwa, które posiadałoby nacisk odpowiedni do tego, by móc oddzielić olej od „mokrego suszu konopnego”. Tutaj moje myśli skierowały się do czegoś takiego, jak np. magiel ze starej pralki typu frania. Istnieje szansa, że po przepuszczeniu takiego materiału przez wąskie rolki, zdołałby on odsączyć interesujący nas olej infuzowany kannabinoidami. Być może dałoby radę ogarnąć to także jakąś elektryczną sokowirówką, natomiast trzeba uczciwie przyznać, że po takiej operacji maszyna musiałaby służyć wyłącznie do przerobu konopi na olejek już do końca swoich dni.

Oczywistym wyborem byłaby także prasa do oleju, lecz to już trochę wymyka się konwencji produktu stworzonego kompletnie w domu, gdyż, z tego co widziałem, to ceny takiego sprzętu zaczynają się od 1k PLN.

Próba wyciskania suszu french pressem.

Parametry “domowego” olejku CBD

Zapytacie pewnie, co z olejem, skoro moje domowe próby spełzły na niczym. Oczywiście, zwróciłem się do pomocnych dziewczyn z pracy, które w profesjonalny sposób zajęły się moim suszem, co finalnie pozwoliło otrzymać upragniony olej z mojej domowej uprawy (tak, wiem, to oszukaństwo i zaprzecza tytułowi wpisu, ale tematowi “homemade’owosci” chcę poświęcić jeszcze kilka słów w samym zakończeniu).

Czas na garść statystyk: z około 420 g zdekarboksylowanego suszu, wyszło mi finalnie 666 g oleju (nie, nie wymyślam tych liczb, to się po prostu dzieje xD).

Teraz czas na tabelkę z formami kwasowymi i neutralnymi:

Masa wytłoków (odsączonego suszu konopnego): 341 g

Osobiście olejek o procentażu wynoszącym 1,22 uważam za całkiem elegancki wynik, jak na dość prymitywną, aczkolwiek skuteczną metodę na uzyskanie oleju z kannabinoidami.

Niektórzy z Was mogą się po tym fragmencie zaśmiać pod nosem, a zrobią to szczególnie Ci, którzy na co dzień stosują olejki 15% czy 30%.

„Panie, przecież taki procent to se można wsadzić wiadomo gdzie, to nie ma szansy zadziałać”.

Ano właśnie ma, tylko, że w tym przypadku całą robotę robi skala. Po prostu zamiast kilku kropel, tego typu olejek bierze się na łyżeczki. No, być może lekko przesadziłem z tymi łyżeczkami, bo to akurat zależy od konkretnej osoby.

Moja tolerancja na kannabinoidy niemal nie istnieje (i to nie dlatego, że długo nie paliłem, po prostu tak mam), więc po pierwszych testach (czyli przyjęciu właśnie łyżeczki do herbaty takiego olejku) przez 2 godziny po aplikacji byłem konkretnie pozamiatany. Na tyle, że wykonywanie bardziej skomplikowanych dla mnie rzeczy, jak np. napisanie artykułu, było raczej niewykonalne. Kanapa, konsola i słuchanie muzy –to był jedyny sensowny kierunek, w którym mogłem się udać po takiej dawce. Zdecydowanie poczułem pełne spektrum kannabinoidów, które zgromadziły się w wysianej w zeszłym roku Futurze 75 ; )

Dla mnie idealna dawka na co dzień to jakieś ¼ łyżeczki do herbaty – zdecydowanie czuję wtedy uspokajające działanie konopi, ale jestem też w stanie normalnie ogarniać swoje obowiązki.

Samo działanie wydaje mi się bardziej ukierunkowane spokój + delikatne polepszenie samopoczucia. Być może jest w tym spora cząstka placebo, kto wie – w każdym razie jestem bardzo zadowolony z efektów.

Podsumowanie tematu, refleksje i… ciąg dalszy?

Oleju nie wykorzystałem jedynie do suplementacji na własne potrzeby. Jedną szklankę poświęciłem do produkcji pysznego brownie, z przepisu Olgi z miligramów, to raz. Jakby co, to ciasto było bardzo wesołe i serdecznie polecam konsumpcję takiego wypieku w zaufanym gronie znajomych. 😉

Butelczynę oleju oddałem mamie, która już od jakiegoś czasu suplementuje się CBD, które lubi też łączyć z kofeiną, gdyż, jak mówi „dobrze jej się po tym pracuje”.

Ładny gęścioch wyszedł :>

I w zasadzie, to tyle. Nie było go dużo, szybko poszło, resztka jaka została na moje własne potrzeby, zniknęła dosyć szybko. I pomyśleć, że susz z całego ogródka można było zamknąć w 666 g oleju. Na pewno duży wpływ na to miał wybór odmiany jednopiennej – większość wiech zajmowały nasiona, więc tak naprawdę samego suszu konopnego nie było aż tak dużo, jak się spodziewałem.

Według mnie zrobienie olejku CBD „homemade” jest jednocześnie proste i trudne. Etap przecierania wiech i maceracji suszu to tak naprawdę bułka z masłem. Schody zaczynają się wtedy, gdy trzeba oddzielić olej od konopi. Bez użycia znacznej siły lub drogiego sprzętu według mnie bardzo ciężko będzie przejść ten etap. Tutaj jednak otwieram sobie furtkę w postaci wykorzystania czegoś, co jest w zasięgu ręki, jak właśnie magiel z frani, ręczna maszynka do makaronu lub jeszcze inne ustrojstwo.

Jak przedstawia się sprawa kosztów pozyskania olejku w moim przypadku?

  • koszt wydania pozwolenia na zasiew – 30 zł
  • certyfikowany materiał siewny z Kombinatu Konopnego – 60 zł (wysiałem 2 paczki po 20g)
  • litr oleju rzepakowego (wlałem prawie całość, było zużyte do połowy szyjki) – 8 zł
  • sito do przesiewania materiału – 60 zł

I to wszystko. Można powiedzieć, że cała operacja zamknęła się w 158 złotych. Satysfakcję po finalnym skosztowaniu tego wyrobu wyceniałbym na znacznie więcej, ale to już chyba większość tak ma, że to czego się dokona „własnymi ręcami” sprawia o wiele więcej frajdy, niż “kupne” produkty.

Zdaję sobie sprawę, że nie został tutaj rozwiązany najważniejszy problem, czyli odsączanie suszu. Z tego też powodu nie zamykam projektu i mam nadzieję, że po tegorocznych zbiorach dojdę do skutecznej metody, która pozwoli na odciśnięcie suszu w domowych warunkach.

Dzięki, że dotrwałaś/łeś do końca. Jeśli masz jakieś przemyślenia na temat wpisu lub masz pomysł, jak oddzielić „ziarna od plew” domowym sposobem, podziel się tym w komentarzu.

Tymczasem, do następnego elo pozdro!

Sprawdź także pozostałe wpisy:

5__rzeczy_poradnik
purplekush.pl © 1995

Strona korzysta z ciach. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Jeśli lubisz biurokracyjne pierdoły, zapoznaj się z naszą polityką prywatności